U mnie.. raczej wszystko w porządku, pomijając to, że jestem gorąco i najchętniej schowałabym się do jakiejś lodówki. Na dodatek dostałam okres, co wcale nie ułatwia przetrwania tych okropnych dni. Wczoraj na wieczór już brzuch mnie praktycznie nie bolał, więc zrobiłam sobie ostry trening, a dziś pójdę pobiegać.
Z bilansami też nie najgorzej, ale wczoraj i dzisiaj wpadła dodatkowo szparagówka z jajkiem. W poniedziałek 991 kcal, wczoraj 1198 kcal, a dziś 1097 kcal. Nie lubię jak są cztery cyfry, jakoś mnie to przeraża, ale podchodząc do tego racjonalnie jest to w sumie taka zdrowa liczna przy odchudzaniu.
Dziś byłam bardzo bliska napadowi i to nie temu emocjonalnego,bo staram się je odróżniać, tylko tego, że aż mnie skręcało, żeby się nawżerać. W ostatnich dniach też tak miałam, ale w mniejszej skali i za każdym razem robiłam zieloną i czerwoną herbatę. I pomagało trochę.. i nie samo to, że zapełniłam żołądek, tylko, że w ustach miałam neutralny smak i nie czułam takiej potrzeby, by mieć w nich jakiśkonkretny smak. Nie wiem jak u Was, ale u mnie prawie zawsze napady zaczynają się zwykle po tym jak już coś zjem [zdrowy, zaplanowany posiłek], a nie gdy jestem głodna. Właśnie wtedy umiem się się powstrzymać. Tylko te pierwsze pół h po jedzeniu, mam straszną ochotę na więcej..i więcej. To jest najgorsze. Zwykle pije dziennie 4 [2 zielone, 2 czerwone]. Teraz będę chodzącym balonem, jak po każdym posiłku będę robiła po 2 ;] a jem 4-5 razy. No nic, skoro ma pomóc. Gorzej z tym na początku wymeinionym, sposobu jeszcze nie mam, ale jak się wsłucham w samą siebie, to może i do tego kiedyś dojdę. W każdym razie mam 5 dzień bez wymiotowania za sobą, mój rekord od maja.. straszne.
Trzymajcie się ;*


